Przy okazji ceremonii otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich w Korei Południowej doszło do spektakularnej sceny: Kim Jo Dzong, młodziutka siostra dyktatora z Północy i Moon Je-in, prezydent Korei Południowej wymienili uścisk dłoni. Gest ten o tyle zdumiewa, że pani Kim jest pierwszym od zawieszenia broni w 1953 roku przedstawicielem klanu dyktatorów z Korei Północnej, który pojawił się na Południu. A na dodatek podczas ceremonii reprezentacje obu państw weszły na stadion w Pjongczangu pod jedną flagą.

Co zza tego parawanu wygląda? Jak interpretować te gesty w obliczu zdarzeń ostatnich lat? Czy jako miłe zmienią cokolwiek realnie? Czy nadchodzi era pojednania, jeśli tak – to na czyich warunkach dwie części rozłamanego kraju usiądą do negocjacyjnego stołu?

Mimo swych 28 lat (nie ma pewności co do precyzyjnej daty urodzin Kim Jo Dzong), trzeba wiedzieć, że jest ona bardzo wpływową osobą w politbiurze partii, odpowiedzialną za aparat propagandowy. Jej starszy brat, koreański przywódca Kim Dzong Um nie wydaje się skłonny rezygnować z programu rozwoju broni jądrowej, którą, jak twierdzi północnokoreańska propaganda, państwo posiada wraz z rakietami balistycznymi dalekiego zasięgu. Próby wystrzeliwania tychże trwały przez wiele ostatnich miesięcy, podnosząc w grymasie zdziwienia brwi nawet tych, którzy dotychczas o Korei wiedzieli tyle, że jest ojczyzną kimchi. Możemy zatem przypuszczać, że gesty podczas otwarcia igrzysk mają na celu wyłącznie ocieplanie wizerunku „monarchii” Kima.

Koreański dyktator uznał, jak się zdaje, że miliardy odebrane od ust swoim obywatelom a włożone w wyścig zbrojeń kupiły mu postrach od Seulu po Waszyngton. Zatem to on będzie mógł rozdawać karty. Niezależnie jednak, gest pojednania okazany poprzez wysłanie do wrogiej Korei Południowej delegację wysokiego szczebla i wspólny przemarsz sportowców obu Korei pod tą samą flagą (z obrysem kształtu Półwyspu Koreańskiego w błękitnym kolorze na białym tle) nic go nie kosztował. Obywatelom swojego reżimu przedstawia to w taki sposób, że to On obłaskawia przestraszony świat swoimi względami. Czyli przekaz „do wewnątrz” był i jest taki: robię to wszystko na własnych warunkach, na warunkach Wielkiej Korei Północnej. Co do budowania rakietami polityki zagranicznej: Kim zdaje sobie sprawę, jakim człowiekiem jest Donald Trump i kogo może uznać za równoważnego partnera. Przecież kowbojowi z największym arsenałem świata zaimponować w krótkim czasie można jedynie… arsenałem z potencjałem wzrostu. Czy w związku z tym prezydent Trump, który uwielbia o sobie mówić jako o najbardziej skutecznym negocjatorze w dziejach, złapie się na haczyk i nie zdecyduje się na kolejne zaostrzenie sankcji wobec komunistycznej Północy? Będziemy z niecierpliwością wyczekiwać na to, czy w myśl jednej z podstawowych zasad amerykańskiej dyplomacji wojskowej „z terrorystami nie negocjujemy” , odwróci się od gestów Kima, tak jak odwracał się, przynajmniej na wizji, wiceprezydent Pence od siostry dyktatora podczas ceremonii otwarcia?

Kim negocjuje z resztą świata przygotowując siebie i innych głośnym okrzykiem „uwaga, nadchodzę!”. Trzyma palec na przycisku atomowym wierząc, że dzięki temu faza rozmów będzie zarządzana przez niego. Gra pozorów? Z całą pewnością – głównie o to mu chodzi. Wie bowiem, że o ile politycy zdają sobie sprawę, że Kim nie może posunąć się za daleko w swojej demonstracji siły, to opinia publiczna, czyli przeciętny obywatel będzie się bał, czy z tego koreańskiego tygla nie wyleje się coś na kształt wojny. Dlatego umiejętnie manewruje teraz walcząc o rząd dusz poza swoim terytorium. Na przykład: łaskawy pan wysyła prezent od Północy na igrzyska: dwieście dwadzieścia dziewięć starannie wyselekcjonowanych cheerleaderek, które będą zagrzewać sportowców z Północy do walki o medale. Pokazuje tym samym, iż Kim ma wszystko i jest na wszystko przygotowany. Od rakiet po prawie dwadzieścia tuzinów symboli amerykańskiej kultury masowej. W Pjongczangu przywitano je jak gwiazdy – czego dowodem jest kordon policji oddzielający Koreanki z Północy od tłumu gapiów i reporterów z całego świata, jakby to Hollywood przysłało dwieście dwadzieścia dziewięć swoich gwiazd. Dyktator dobrze się do tej rundy negocjacji przygotowuje, 65-letnią zmarzlinę w relacjach ze światem rozpuszcza siłą i gracją jednocześnie. Zobaczymy co w tym spektaklu zadziała i dokąd Kim zmierza. Dla Donalda Trumpa będzie to niezwykle kuszące polityczne przedstawienie. Tak niskiego poparcia prezydenckiego po dwóch latach sprawowania władzy nie miał chyba żaden prezydent w historii USA. Pokazywanie zatem sprawczości jest mu ze wszech miar potrzebne. Byśmy tylko nie kupowali właśnie biletów na walkę dwóch nieobliczalnych kogutów. Niestety, oceniając ego obu przywódców, to na taki właśnie rodzaj tej wątpliwej „rozrywki” możemy być narażeni. Jej skutki będą miały wpływ na losy świata. Trzymajmy zatem kciuki za rozsądek obu administracji.

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here