Tym razem amerykański prezydent dał przykład niezwykłej cierpliwości wobec sekretarza stanu i byłego szefa naftowego giganta Exxon-Mobil, Rexa Tillersona. Nie wie nikt dlaczego Mr. Trump aż tak długo tolerował wybryki swego podwładnego, który, trzeba to podkreślić, nie miał najmniejszego doświadczenia w pracy w administracji państwowej przed nominacją. Nie dość, że w sposób niezależny i samodzielny podejmował decyzje bez konsultacji z prezydentem w sprawach największej wagi, jak stosunki z Koreą Północną czy przychylne Rosji stanowisko w sprawie Nord Stream 2, to jeszcze przebogaty nafciarz nazwał ponoć swego szefa „debilem” (latem ubiegłego roku miał użyć angielskiego epitetu „moron”). Na marginesie, Tillerson nigdy nie przyznał się, że sięgnął po to słowo dla opisania swojego szefa, ale też i nie zaprzeczył.

Na dobrą sprawę czarne chmury zbierały się nad sekretarzem stanu praktycznie od jego nominacji, bo kwestii spornych z Trumpem nie brakowało. Na przykład sprzeciwiał się wystąpieniu Stanów Zjednoczonych z paktu klimatycznego i stał po stronie Brukseli, zaś z ostatnich wydarzeń warto zauważyć, że White House nie poparł tak stanowczo jak sam sekretarz stanu, premier Theresy May w sprawie udziału Rosji w zamordowaniu podwójnego szpiega brytyjsko-rosyjskiego, Siergieja Skripala.

Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie? Na to wygląda. Z punktu widzenia układu sił, Rex Tillerson był bez szans w konfrontacji z prezydentem. Być może nawet chciał dobrze, ale prowadził negocjacje polityczne na własną rękę i układał prezydentowi zakres międzynarodowych zmartwień, a zgrzyty kompetencyjne w polityce zagranicznej zaczęły w końcu poważnie szkodzić wizerunkowi mocarstwa, bo od dłuższego już czasu światowi politycy widząc rozdźwięk między Trumpem a Tillersonem, zaczęli stopniowo ignorować pana sekretarza. Prezydent też nie jest tu oczywiście bez winy, wszak jeśli ma się zbudowaną drużynę, to albo się o nią dba, albo wymienia się jej skład chirurgicznym cięciem, a nie na ważne rozmowy międzynarodowe wysyła zamiast sekretarza stanu – swego zięcia Jareda Kushnera lub córkę Ivankę.

And last but not least: o utracie stanowiska Rex Tillerson dowiedział się czytając wpis swego szefa na Twitterze, co akurat w przypadku działalności prezydenta USA już nie dziwi. Natomiast prowadzenie polityki kadrowej w taki sposób może odstraszyć każdego następnego, nawet najbardziej gruboskórnego śmiałka. Kolejny kandydat na kandydata powinien zatem zastanowić się gruntownie nad stanem swojego poczucia integralności, poziomem nerwów trzymanych na wielu postronkach, szybkością analizy wpisów w mediach społecznościowych, czy choćby elastyczności wobec zmieniających się opinii swojego szefa natychmiast przekazywanych światu. Dyskrecja i dyplomacja bowiem to nie są największe miłości prezydenta USA. Swoją drogą – spójrzmy zatem na swoich szefów i szefowe jutro rano z większym szacunkiem. Czasami wystarczy punkt odniesienia…

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here