5 lutego prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o elektromobilności. „Niewątpliwie jest to ustawa przełomowa. Z jednej strony zakłada rozbudowę infrastruktury, z drugiej przewiduje korzyści dla użytkowników pojazdów o napędzie alternatywnym, takie jak zwolnienie z akcyzy, zwiększony odpis amortyzacyjny, darmowe parkowanie czy możliwość korzystania z buspasów. Wszystko to składa się na pakiet korzyści, który teraz będzie analizowany przez przedsiębiorców i spowoduje powstanie nowych modeli biznesowych” – zapowiedział wiceminister energii Michał Kurtyka. I dodał: „Będziemy teraz obserwować odpowiedź rynku i uzupełniać regulacje”.

Na odpowiedź rynku nie trzeba czekać, ona jest jasna i znana – nie zmieni się nic. W tym stanie rzeczy nie może dojść do przełomu. Za auta elektryczne w Polsce zapłacić trzeba około 150 tysięcy, a hybrydy plug-in (ładowane z gniazdka) są jeszcze droższe. Jeśli ich cena spadnie o mniej więcej 5000 zł czyli o koszt akcyzy, to i tak będą sobie mogli na nie pozwolić tylko najbogatsi. A tu chodzi o skalę, tylko wtedy ten nasz „Polish dream” o elektromobilności stanie się tym co gorączka złota za oceanem w XIX wieku. Tylko wówczas,  bo szumnie ogłoszone ulgi w praktyce są mało istotne.

Według danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych, w ubiegłym roku sprzedano 439 aut elektrycznych oraz 585 hybryd plug-in. W przypadku samochodów całkowicie elektrycznych daje to wzrost o 306%! Dla porównania – w ubiegłym roku Polacy kupili 483 000 nowych samochodów i sprowadzili 935 000 aut używanych (niemal wszystkie z napędem spalinowym). Zapowiadany przez rząd milion aut elektrycznych na polskiej rejestracji do roku 2025 wydaje się, delikatnie mówiąc, być tak prawdopodobny, jak realizacja polskiego programu kosmicznego, wraz z wystrzeleniem biało-czerwonej, narodowej rakiety.

Rządowa ustawa jest jak nierealistyczna propozycja w negocjacjach. Jeśli brak w niej jest jakiegokolwiek oparcia w wiarygodnych liczbach i faktach, to ktokolwiek ją otrzymuje nie bierze jej poważnie, a składający ofertę traci twarz. Jeżeli większość Polaków kupuje samochody stare – średni wiek importowanych aut to 11 lat,  a ich cena to kilkanaście tysięcy złotych – to w jaki sposób zatem mamy nagle kupować nowe i to jeszcze za kilkaset? Oferta rządowa nie spotka się z zainteresowaniem społeczeństwa – cena aut elektrycznych jest, i prawdopodobnie długo jeszcze będzie, zaporowa. To przykład propozycji, która nie bierze pod uwagę limitu drugiej strony. Ani jej potrzeb i możliwości.

Jeszcze poważniejsze jest to, że oferty tej nie przyjmą na poważnie przedsiębiorcy. Nie zaczną inwestować, jeśli nie będą widzieli, że ktoś ten ich produkt zacznie kupować masowo. Czy zatem ministerstwo infrastruktury ma zamiar postawić własne fabryki i linie produkcyjne za nasze pieniądze?

Na marginesie można wspomnieć, że Sejm odrzucił opłatę w wysokości „do 30 zł” za wjazd samochodów z silnikiem spalinowym do stref czystego transportu, które będą mogły powstać w gminach. A skoro gminy nie będą miały korzyści finansowych z zakładania takich stref, przepisy pozostaną martwe. Możliwość tworzenia stref czystego transportu to kolejna nietrafiona propozycja. Po co komuś proponować coś, co go w ogóle nie interesuje?

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here