Od początku roku w Islandii ustawowo zakazano płacić kobietom mniej niż mężczyznom. Ustawa gładko przeszła przez parlament, opozycja również była „za”.

Trudno o ustawę, która z punktu widzenia negocjacji, byłaby lepiej zapakowana. Równość ludzi nie podlega dyskusji, przynajmniej w Europie. Konsekwencje braku zgody z czyjejkolwiek strony (parlamentarzystów, pracodawców) niekorzystne (dla nich samych), a ustawa wychodzi naprzeciw potrzebie równych i sprawiedliwych zarobków dla kobiet i mężczyzn, byłyby równe politycznemu samobójstwu. Zwłaszcza w kraju o szczególnych tradycjach walki o równość kobiet. (Warto przypomnieć tzw. „długi piątek”, czterdzieści lat temu, kiedy 90% Islandek powstrzymało się od pracy zawodowej i obowiązków domowych, by zwrócić uwagę na dyskryminację kobiet). Alternatywą dla ustawy byłby… brak ustawy, czyli usankcjonowanie status quo. A tego kobiety na wyspie nie darowałyby parlamentarzystom.

Według ustawy, pierwszej tego rodzaju na świecie, firmy państwowe, prywatne, urzędy muszą zapewnić takie same zarobki mężczyznom i kobietom za tę samą pracę. Każda firma zatrudniająca powyżej dwudziestu pięciu osób będzie poddawać się audytowi, zaś w przypadku zatrudnienia powyżej dwustu pięćdziesięciu pracowników firmy będą otrzymywać specjalny certyfikat.

Islandia liczy trzysta dwadzieścia trzy tysiące mieszkańców i od lat prowadzi w rankingach krajów przestrzegających równości płci. Oczywiście, o wiele prościej przeprowadzić taką legislację w kraju, gdzie prawie wszyscy znają się po imieniu. Jednak kropla drąży skałę, a jeśli dołączyć do tego polskie czarne protesty, amerykański #paymetoo, to zaczynamy dostrzegać, że jeśli męska część populacji nie podniesie ręki, by przegłosować takie pomysły jak w Islandii w innych krajach, dalszych negocjacji nie będzie – będzie gniew kobiet. A zła kobieta w takiej masie może wywołać niejedno tornado.

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here