Doszło do kuriozalnej sytuacji. Polska notuje świetny wzrost gospodarczy (4,6% w ub.r.), rekordowo niski poziom bezrobocia (6,6%) i niski deficyt na rachunku bieżącym, a jednocześnie rząd prowadzi wojny dyplomatyczne na wszystkich możliwych frontach. Kraj jest skłócony z sąsiadami (Ukraina, Niemcy), z Unią Europejską i z największym sojusznikiem czyli Stanami Zjednoczonymi. Gdy szef jakiegoś państwa jedzie z wizytą do przywódcy innego kraju, towarzyszy mu zwykle potężna delegacja lokalnego biznesu – wiadomo, że największe kontrakty podpisuje się za przyzwoleniem dyplomacji i służb. W Polsce natomiast można odnieść wrażenie, że słowo dyplomacja zastąpiono na stałe sformułowaniem „polityka wstawania z kolan”, a to oznacza, że nie zawahamy się zrobić wszystko, by włożyć kij w szprychy nawet najbardziej rozpędzonej gospodarki. No i mamy do czynienia z kolejną próbą budowania siły… Kto powiedział, że historia Goliata nie może być potwierdzona. A co z takimi najbardziej spektakularnymi jak na przykład pomysł przejęcia kontroli nad giełdą w Tel Awiwie? No dobra, czymże jest giełda, żeby się nad tym tak zastanawiać? Ano, jest sercem układu finansowego państwa, symbolem statusu danego kraju, od jej notowań zależy humor całego rynku finansowego. To dlaczego by nie chcieć przejąć zatem takiego demiurga? To dopiero symbol dominacji! Czy to przypadek, że padło na giełdę izraelską? Pomyślmy…

6 marca zarząd Giełdy Papierów Wartościowych (GPW) ogłosił „decyzję o przygotowaniu wstępnej, niewiążącej propozycji zakupu 71,7% udziałów w Tel Aviv Stock Exchange (TASE), wraz z Polskim Funduszem Rozwoju (PFR)”. W komunikacie czytamy, że „oferta na tym etapie ma charakter wstępny i niewiążący, i nie zobowiązuje żadnej ze stron do rozpoczęcia negocjacji. W przypadku pozytywnego rozpatrzenia oferty przez TASE w następnym etapie GPW, PFR i TASE mogą podjąć dalsze rozmowy i negocjacje”. „Na tym etapie ujawnienie szczegółów złożonej oferty mogłoby negatywnie wpłynąć na pozycję negocjacyjną w ewentualnym dalszym procesie” – głosi komunikat. O zainteresowaniu warszawskiego parkietu giełdą w Tel Awiwie pisała wcześniej Rzeczpospolita. Według gazety, potencjalna wartość transakcji to 490 milionów złotych, a wśród zainteresowanych kupców byłyby giełdy z Toronto, Londynu i Singapuru. Gazeta dodała, że TASE „znany jest jako miejsce finansowania bardziej ryzykownych inwestycji, w tym innowacji i start-upów”.

Na co liczy polski rząd? Jeśli cały świat pyta nas: „Po co to całe zamieszanie związane z nowelizacją ustawy o IPN”, które rozpętało nawet nie burzę, a prawdziwe tornado polityczne i dyplomatyczne, to – skoro nie potrafimy odpowiedzieć – czy dobrym jest wychodzenie z ofertą niemającą żadnych fundamentów? Czy władze Izraela zgodzą się sprzedać polskiemu podmiotowi swoją giełdę – pompę przekaźnikową dla swoich finansów? W jakim celu GPW, spółka kontrolowana przez Skarb Państwa, wysyła w świat wiadomość, która de facto niewiele znaczy, „o przygotowaniu wstępnej, niewiążącej propozycji” dla tych, którzy choć trochę znają się na rzeczy? Przecież wiemy, że wstępna to niewiążąca – skąd więc takie podkreślenie – kto jest adresatem tego przekazu? Jak w procesie negocjacyjnym, o ile do niego dojdzie, traktować kontrahenta, który, na razie teoretycznie, bo „niewiążąco” wykłada pieniądze na stół, a jednocześnie pod tym samym stołem kopie partnera udając, że wszystko jest w porządku?

Władza chyba po raz kolejny zaklina rzeczywistość – we współczesnym świecie nie da się oddzielić polityki od gospodarki. Postawa w negocjacjach musi być jasna, przekaz spójny, bez tego nie uzyska się wiarygodności w oczach tych, którzy zasiadają po drugiej stronie, nie zbuduje dobrze pojmowanej siły. Z „pokopaną” wiarygodnością szanse na wynegocjowanie satysfakcjonującego porozumienia drastycznie maleją. Brak zaufania ma fatalny wpływ na przebieg negocjacji. I nawet kapitał polityczny budowany na przekazie do wewnątrz – Polska jest już takim mocarstwem, że może sobie kupić giełdę w Izraelu, czytaj cały Izrael, będzie musiała się zderzyć z informacją, że Donald Trump, do tej pory pierwszy innowator w konkurencji „najbardziej absurdalny pomysł w polityce międzynarodowej i dyplomacji”, ma nas dość. Czy przypadkiem etykieta „non grata” na szufladzie do której to zostaliśmy włożeni, która kanałami dyplomatycznymi została nam okazana przylatując z Waszyngtonu do Warszawy, nie przyklei się teraz do wszelkich polskich, nie tylko rządowych ofert?

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here