Protest lekarzy trwał od jesieni ubiegłego roku. Z ministrem Radziwiłłem nie mogli się dogadać, za to z nowym szefem resortu zdrowia negocjacje zakończyły się sukcesem w ciągu miesiąca. Skąd ta zmiana?

Impas w negocjacjach a porozumienie z 8 lutego

Obie strony wydają się zadowolone z ogłoszonego 8 lutego porozumienia. Minister chwalił się, że „udało się wypracować kompromis”, zaś protestujący lekarze stwierdzili, że po raz pierwszy od 30 lat czują „realną możliwość reformy ochrony zdrowia w Polsce”. Słowa, słowa. Kompromis, czyli nikt nie jest zadowolony, ale mogło być gorzej – impas w negocjacjach mógł trwać.

Co wynika z zawartego po impasie negocjacyjnym porozumienia?

Przede wszystkim nakłady na służbę zdrowia będą rosnąć progresywnie do poziomu 6% PKB w roku 2024, wobec 4,6% obecnie. Na to zgadzał się przecież minister Radziwiłł. Lekarze uważali, że horyzont czasowy tych zmian jest zbyt daleki. Poza tym uzgodniono likwidację kolejek i biurokracji w szpitalach, rozwiązanie problemu braku personelu medycznego w szpitalach oraz poprawy warunków pracy i płacy personelu medycznego. Fantastyczna… wizja. Nikt nie opowiedział jednak, jak się to ma wydarzyć. „Jeśli masz wizję, idź do lekarza?” Nomen omen… Nikt nie jest ci w stanie tyle dać, ile minister może ci obiecać. Ze spraw nieco bardziej konkretnych wiadomo, że więcej pieniędzy dostaną lekarze, którzy zdecydują się pracować w jednym tylko szpitalu, a także ci, którzy zobowiążą się do pracy w Polsce przez co najmniej dwa lata po uzyskaniu specjalizacji. Jeśli chodzi o prawie cztery tysiące lekarzy, którzy wypowiedzieli tzw. klauzulę opt-out, umożliwiającą pracę ponad 48 godzin tygodniowo, Porozumienie Rezydentów zaapelowało do nich, by jednak pracowali więcej w imię dobra społecznego. No i gratulacje! Pacjencie, lecz się sam, bo lekarz pracujący 80 czy nawet więcej godzin nie będzie w stanie. Miało być bezpiecznie. I dla lekarza i dla pacjenta. A tu? W imię dobra społecznego przymyka się oko na te nieprawidłowości.

Żądanie negocjacyjne wobec lekarzy

Jeśli kierowca, który zasnąwszy za kierownicą TIR-a i powodując wypadek, może swoim działaniem lub/i zaniechaniem wysłać na tamten świat kilka osób na drodze, w tym siebie – ma z mocy prawa tachometr i za żadne skarby świata nie może pojechać dalej, to dlaczego lekarz, który w zmęczeniu popełnia błędy odbierające ludziom życie i zdrowie ma być przez ministerstwo, czyli państwo polskie wręcz do tego zachęcany?! Czy komukolwiek trzeźwo myślącemu mieści się w głowie fakt, że jest to żądanie negocjacyjne wobec lekarzy?! Tylko wtedy zapłacimy ci więcej, kiedy będziesz po kilkadziesiąt godzin więcej pracował na najbardziej newralgicznym odcinku naszego jestestwa, czyli zdrowiu ludzkim?! To może posłużymy się w tym miejscu jedną daną, niestety nie pochodzącą z rynku polskiego, a amerykańskiego. U nas ze świecą szukać wiarygodnych danych na ten temat. Otóż w 2013 roku w „Journal of Patient Safety” został opublikowany raport, którego autorzy ocenili liczbę przedwczesnych zgonów powiązanych z błędami medycznymi na czterysta tysięcy rocznie. Kolejne setki tysięcy ponoszą uszczerbek na zdrowiu. A to wszystko w kraju obłożonym groźbą ogromnych odszkodowań, gdzie procedury w ochronie zdrowia są niezwykle precyzyjne, a lekarz zarabia około dziesięć razy więcej niż lekarz w Polsce.

Jak zatem oceniać wynik negocjacji ministerstwo – lekarze rezydenci?

Obie strony mówią o „dobrym kompromisie”, jednak zza stołu negocjacyjnego zwycięsko wyszedł nowy minister zdrowia, Łukasz Szumowski. Przede wszystkim uzyskał gwarancję zakończenia protestów, które zaczęły się mocno odbijać na pacjentach. Nic tak bowiem nie poprawia sondaży jak informacja, że ktoś wreszcie zaczął robić reformę zdrowia. Bezpośrednim wynikiem wypowiedzenia klauzul opt-out stało się zamykanie lub czasowa niedostępność niektórych oddziałów w szpitalach z powodu braku lekarzy. Groźba więc tego, że ludzie zaczną po prostu umierać, a machina państwowa „palcem winy” wskaże na rezydentów doprowadziła do konieczności podjęcia decyzji „by odpuścić”. Czy eskalacja konfliktu mogłaby równie mocno zaszkodzić także rządowi? Wydaje się, że zakończenie negocjacji po impasie to raczej wymóg polityczny – za dużo bowiem otwartych placów boju w jednym czasie. Protestującym rząd dał niewiele i na dodatek w odległej perspektywie czasowej. Sześcioprocentowe nakłady na służbę zdrowia i tak były przewidziane wcześniej w projekcie rządowym, z tym że próg ten miał obowiązywać rok później. Trudno przypuszczać, by premier Morawiecki i jego ministrowie zaprzątali sobie głowę tym, co nastąpi za sześć lat. Minister Szumowski zobowiązał się też „podjąć niezbędne działania”, aby zlikwidować klauzule opt-out do 2028 roku, czyli znów dał coś, czego raczej na pewno realizować sam nie będzie. Jedna z cudownych „negocjacyjnych” zagrywek – czysta manipulacja: odłóżmy rozwiązanie na czas, kiedy i tak ani nas, ani was w tym układzie nie będzie. Natomiast podwyżki, czyli ustępstwa, strona rządowa obwarowała mocnymi warunkami, na dodatek akceptowanymi społecznie, choć pozornymi: lekarz musi się zobowiązać do pracy w jednym szpitalu (lekarze, jak nauczyciele, pracują w dwóch i więcej placówkach, by zarobić) – czyżby minister zapomniał, że przecież istnieją umowy o pracę, ale i kontrakty, które nie są obejmowane tym ograniczeniem?

Coś za coś – negocjacje o życie ludzkie

Druga kwestia to to, że młodzi lekarze, aby dostać większe pieniądze, muszą się zobowiązać do pracy w Polsce przez dwa lata od uzyskania specjalizacji (czym jest dwuletni kontrakt, skoro i tak ma się już specjalizację w ręku?). Zatem minister oddał coś, co i tak dać musiał – zarobki młodych lekarzy są, obiektywnie, żałośnie niskie – otrzymując w zamian gwarancję; wszystko na swoich warunkach. Wreszcie zaś należy zwrócić uwagę na postawę samego ministra Szumowskiego. O poprzedniku lekarze mówili „zaklinacz rzeczywistości”. Konstanty Radziwiłł nie podzielał społecznego odczucia, że służba zdrowia naprawdę jest w kryzysie. Nonszalancko twierdził, że „chaos w służbie zdrowia to kreacja medialna”, zaś lekarz, który nie chce pracować ponad 48 godzin tygodniowo jest „słaby fizycznie i psychicznie”. Trudno o udane negocjacje z kimś, kto neguje rzeczywistość. Na tle takiej bazy – nowy minister nie musiał robić wiele, by stać się bohaterem medycznej rekonstrukcji.

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here