To będzie wydarzenie polityczne i historyczny przełom. Doszło do zapowiedzi, iż ma dojść do spotkania Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Wczoraj północnokoreańska agencja prasowa doniosła, że kierownictwo partyjne zapoznało się z listą „zagadnień strategicznych i taktycznych”, które zostaną poruszone w ramach „dialogu z USA” oraz w trakcie spotkania na szczycie z prezydentem Korei Południowej Mun Dze Inem. Stwierdzenie „dialog z USA” to absolutna nowość w dyskursie politycznym w Korei Północnej. Ani miejsce, ani dokładna data nie są jeszcze znane. Trump w połowie marca zgodził się na spotkanie, do którego dojdzie z inicjatywy dyktatora z Korei Północnej. „Mam nadzieję, że nasze wzajemne stosunki będą teraz całkowicie inne niż się działo przez tyle lat” – powiedział w marcu dziennikarzom.

Niezależnie od wyniku spotkania na szczycie, już rozpoczęcie tych negocjacji dotyczących spotkania to sukces dla szefów obu państw. Kim Dzong Un ma w kieszeni poważny argument negocjacyjny w postaci broni atomowej i rakiet balistycznych zdolnych przenosić takie ładunki. Dyplomaci południowokoreańscy, którzy przekazali Trumpowi zaproszenie od Kim Dzong Una, powiedzieli, że zawiera ono „zobowiązanie Korei Północnej do zaprzestania prób balistycznych i testów jądrowych”. Za taki argument przywódca północnokoreański może wiele uzyskać w zamian, na przykład pomoc finansową. Poza tym dzięki takiemu otwarciu na kontakty międzynarodowe może uchodzić za kogoś ważnego w polityce światowej – spotkanie z prezydentem USA to nie byle jakie spotkanie. Trump potrzebuje takich przedsięwzięć jak kania dżdżu. Oceniany jako niedouczony, nieobliczalny, megalomański i niestrategiczny „wypadek na drodze demokracji” Trump będzie pokazywał światu swój wpływ na historię. Należy przyznać, że machina, jaką jest amerykańska administracja prezydencka działa rewelacyjnie. To nie Trump jest architektem tego porozumienia, to dziesiątki, setki, a nawet tysiące ludzi stojących w szeregach struktur rządowych „wysyłają tę rakietę na księżyc”. 

Jedyną rzeczą, której należy się obawiać w konsekwencji koreańskich działań, to pytanie – co za tym stoi. Dla Trumpa w zasadzie każdy scenariusz jest dobry. Jeśli rozmowy się powiodą, jemu będzie się należał medal. Osiągnie denuklearyzację Korei Północnej i odsunie groźbę ataku (oczywiście ataku, który nigdy by nie nastąpił, mało kto bowiem mówi, że kompletnej degradacji wywołanej wstrząsami tektonicznymi uległy instalacje nuklearne w Korei i wymagałoby to ogromnej masy środków i czasu, by doprowadzić je na nowo do działania). Jeśli nic nie wyjdzie z rozmów w jej pierwszej fazie (to zaś w ogromnym stopniu zależy od poziomu biedy i załamania gospodarki Korei, do czego opinia publiczna demokratycznego świata nie ma dostępu) winą obarczyć może Koreańczyków, wszak to Kim Dzong Un poprosił o spotkanie. Prezydent USA musi przygotować się na to, że negocjacje z Kimem to będzie jego jedyny sukces, dlatego kalendarz wyborczy powinien raczej wypełniać serialem o negocjacjach z Koreą. Za chwilę „midterm elections”, a to właśnie negocjacje na rzecz pozyskania głosów własnych wyborców wielkimi ideami. Republikanie wiedzą, że amerykańska opinia publiczna uwielbia trzepocącą nad polami walki amerykańską flagę. Jeśli przed listopadem tego roku Trump pokaże, że nawet na tak odległej, dalekowschodniej flance wygrywa, to będzie to baza do pokazywania nieobliczalnego stylu Trumpa w trochę innym świetle: „W tym szaleństwie jest metoda”, współczesny świat to wariactwo, musisz być wariatem, by móc okiełznywać świat. No cóż, jeśli popatrzeć na komentarze opisujące położenie geograficzne Korei Północnej Amerykanom (którzy w ogromnej części nie do końca identyfikują różne państwa na świecie) jako kraj leżący niedaleko Wietnamu, z którym to każdy Amerykanin wiąże największą traumę w historii swojego kraju, to przestaje dziwić fakt, że niektórzy komentatorzy zdają się dążyć do pokazania, że Trump dokona ostatecznego zwycięstwa nad Wietnamem i zmyje hańbę prezydenta Nixona. 

Trudno zatem ocenić, czy Trump walczy o pokój na świecie, czy o pokój w swoich partyjnych pieleszach. Tak wielu czołowych, zasłużonych republikanów odwróciło się od własnego prezydenta, że sposobem na ich powrót może być otrzymanie nagrody Nobla za pokój koreański. 

Można być pewnym, że Trump kilka razy widział wywiad z Barakiem Obamą, przeprowadzony w październiku 2016 roku przez Stephena Colberta w programie The Late Show, w którym komik pomaga prezydentowi znaleźć nową pracę. Na pytanie o osiągnięcia, nagrody Prezydent powiedział: „A, no i otrzymałem jeszcze nagrodę Nobla”. „Naprawdę, a za co?” – zapytał Colbert. „Szczerze mówiąc, do tej pory nie wiem” – odparł Obama [“…and i did get the Nobel Peace Prize”. „Oh, really? what was that for?”. „To be honest, I still don’t know…”].

 Zanim dojdzie do szczytu z prezydentem USA, dwaj przywódcy koreańscy Kim Dzong Un z Północy i Mun Dze In z Południa mają się spotkać w Panmundżomie, w strefie zdemilitaryzowanej na granicy obu państw. Może pojawią się jakieś informacje, które wskazywałyby, z czym do stołu siada przywódca partii Korei Północnej. To jest gra na wielu fortepianach, ale dla Trumpa musi się to skończyć tym, żeby nikt nie miał jakichkolwiek wątpliwości za co tę ewentualnie przyznaną nagrodę otrzyma. 

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here