Nikt na świecie tak bardzo nie chciałby znów być w gronie najfajniejszych jak prezydent Putin. Nikt tak jak on nie stara się możliwymi, acz ograniczonymi sposobami (finanse się wciąż nie składają) pokazać, że niby mu nie zależy, ale jednak konsekwentnie budować siłę. Rosja chciałaby dołączyć do G7, chciałaby nie być na liście sankcyjnej, nie być wytykana palcami jako scena największej afery dopingowej etc. No i? No i nic z tego – kraje Zachodu na razie trzymają się mocno. I dopóki Rosja nie pójdzie po rozum do głowy w sprawie Krymu, cukierków nie będzie. 

2010 rok pozwolił Putinowi na harce. Otrzymał zgodę na realizację wielkiego przedsięwzięcia, nie tylko sportowego, ale i gospodarczego oraz politycznego – mistrzostw świata w piłce nożnej. Za kilka tygodni będziemy świadkami tego, którzy przywódcy nie powiedzą twardego „nie” i przylecą na flirty piłkarskie. Tymczasem Syria działa, Chiny i Turcja także, zatem można pokazać na co jeszcze go stać. I pokazuje: „Nikt na świecie nie ma czegoś podobnego”. I nie chodziło o jego biceps czy umiejętność powalenia niedźwiedzia. 

Tak „zareklamował” prezydent Putin najnowsze osiągnięcie rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Chodzi o nowy pocisk manewrujący z napędem nuklearnym o nieograniczonym zasięgu, który na dodatek może obejść systemy obrony przeciwrakietowej. Wypowiadając się 1 marca przed wielce szacownym gronem parlamentarzystów, urzędników państwowych i gubernatorów regionów Rosji, prezydent poinformował również o innych nowych rodzajach broni, które są w trakcie opracowywania lub testów. To na przykład pociski ponaddźwiękowe oraz bezzałogowy okręt podwodny zdolny do przenoszenia ładunków jądrowych. Fantastycznie? A jakże! 

Przywódca nie omieszkał wspomnieć o dumie Rosji, czyli o flocie arktycznej, która „była, pozostaje i będzie najpotężniejsza na świecie. Realizacja projektów w Arktyce i wzmacnianie tam infrastruktury transportowej i wojskowej pozwoli Rosji zadbać o swoje interesy w tym strategicznie ważnym regionie” – powiedział prezydent.

Przeanalizujmy zatem plany na obecnie trwające międzynarodowe negocjacje, w fazie ich przygotowania na wielu frontach, czyli „zanim zaproszą mnie do stołu, lub sam przy nim usiądę”. I zestawmy to, co przygotowuje prezydent „Wielkiej Rosji”. Do znudzenia co prawda będziemy teraz powtarzać wątek Korei, ale nie da się od niego uciec, skoro Kim kilkoma wystrzałami potrafił zmobilizować cały świat do włączenia reflektorów na właśnie ten niewielki kawałek Półwyspu Koreańskiego. Byłoby dziejowym zaniedbaniem, gdyby Putin nie powiedział czegoś tym bardziej spektakularnego przed potencjalnym spotkaniem Trump-Kim. Putin nie może sobie pozwolić, by działania na tej wielkiej arenie międzynarodowej odbywały się bez niego, choć teraz wydaje się, iż właśnie w ten sposób przebiegają światowe procesy – nad głową Rosji. 

Odpowiedź ze Stanów Zjednoczonych przyszła natychmiast. Heather Nauert, rzeczniczka departamentu stanu stwierdziła, że Rosja w ten sposób naruszyła układ INF z roku 1987 o likwidacji pocisków pośredniego i średniego zasięgu. Przy okazji skrytykowała animację wyświetloną podczas przemówienia Putina, która przedstawiała ni mniej ni więcej tylko atak nuklearny na USA, konkretnie na Florydę. „Obserwowanie animacji wideo przedstawiającej atak nuklearny na Stany Zjednoczone było niewątpliwie czymś niefortunnym. Nie uważamy, aby tak postępował odpowiedzialny polityk międzynarodowy” – skomentowała pani rzecznik. Jakby na życzenie Putina – o to właśnie chodziło. Musi być, jeśli przez chwilę wypadł ze światowego panteonu polityków nieprzewidywalnych i mających co-tylko-chcą „w poważaniu”. 

Na drugim miejscu – termin nieprzypadkowy także dlatego, że za chwilę, 18 marca w Rosji odbędą się wybory prezydenckie, w których wygra Władimir Putin. Data wyborów bez wyboru też nie została ustalona ot, tak sobie – otóż 18 marca 2015 roku Putin podpisał na Kremlu umowę z przewodniczącym krymskiego parlamentu, zgodnie z którą Republika Krymu i Sewastopol stały się częściami Federacji Rosyjskiej. No i co mu do tej pory zrobiliśmy? Czy jakoś go zatrzymaliśmy w tych dyktatorskich zapędach? Putin jest mistrzem w budowaniu przekonania wśród swoich obywateli, że jako współczesny car daje im wszystko, czego tylko sobie życzą. Nie ma silniejszego przywódcy niż ten, który powiększył terytorium państwa o „należny” im historycznie Krym, i który ogłasza testy nad nową niezniszczalną bronią, która straszy nawet w USA? 

Rosyjski prezydent korzysta z jednego ognia, by upiec dwie pieczenie – znów zwrócić uwagę Trumpa na siebie wtedy, kiedy Trump i tak zajęty jest innymi kwestiami, czyli nie chce i nie może otwierać sobie kolejnego frontu walki. Można do tej sprawy podejść jeszcze inaczej. Mimo, iż zabrzmi to jak wyjęte rodem z wielkiej księgi teorii spiskowych, Putina z łatwością stać byłoby na taki scenariusz. Otóż, zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż w USA nawet najbardziej zakochani w swoim prezydencie ludzie zastanawiają się nad tym, co tak bardzo połączyło Tumpa i Putina, że pomógł mu wygrać wybory, rosyjski przywódca postanowił udowodnić, że jest takim samym wrogiem imperialistycznego mocarstwa, jak jego poprzednicy. Użył zatem do tego budowanych lub planowanych czy tak, czy siak narzędzi do uprawiania wojen, by pokazać wrogom Trumpa, że na Wschodzie bez zmian. A ich przypuszczenia o przyjaźni obu przywódców są jedynie wymysłem. 

Jeśli tak jest w rzeczywistości, to możemy odetchnąć spokojnie. Trudno na razie stwierdzić, na ile doskonała (i rzeczywista) jest rosyjska cudowna broń, ale poprzez tę drażniącą propozycję skierowaną do odwiecznego wroga, Rosja prezentuje „na pokaz”, że za nic sobie ma rozbrojeniowe ustalenia z czasów Gorbaczowa i Reagana. O „czynniku drażniącym” w negocjacjach mówimy w przypadku wprowadzenia do procesu negocjacyjnego elementu niewygodnego dla drugiej strony. Można wtedy liczyć, że strona „drażniona” zdecyduje się na ustępstwa w zamian za rezygnację z elementu drażniącego, kiedy w odpowiednim momencie procesu okaże się elastyczność do rezygnacji z takiego czynnika. Nie zapominajmy o wielu gwiazdach administracji Trumpa, które przez wątek rosyjski w wyborach prezydenckich nie świecą już na firmamencie Białego Domu, a kilka właśnie gaśnie. Pojawienie się znów na negocjacyjnym stole tematu Rosji, jej hakerów, super nowoczesnej broni itd., to tylko kwestia czasu. Niech tylko serial sensacyjny z Trumpem w roli głównej, tym razem po koreańsku, wyemituje swój kolejny odcinek, a w zależności od tego jak się będzie podobał publiczności na świecie, Rosja wyreżyseruje swój. I mam jakieś dziwne przeczucie, że nie będzie to opera mydlana. 

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here