Parlamentarzyści, jak widać nie tylko opozycji ale też należący do obozu pani premier, boją się, że rząd nie tylko jest słaby (co widać na przykładzie grudniowego głosowania), ale, co gorsza, niekompetentny. Na początku grudnia ubiegłego roku, minister ds. brexitu David Davis wprawił w osłupienie komisję parlamentarną Izby Gmin ds. brexitu (the Brexit Select Committee). Zapytany o koszty finansowe, jakie poniosą poszczególne branże brytyjskiej gospodarki, stwierdził, że tego rodzaju analizy nie istnieją. „Nie jestem wielkim fanem analiz ponieważ wszystkie okazują się złe gdy zmienia się paradygmat” – rzucił osłupiałym parlamentarzystom. Po czym dodał, że „użyteczność (sektorowych) ocen skutków będzie bliska zeru”.

Członkowie komisji nie kryli zdumienia, wszak Davis i inni ministrowie często powoływali się wcześniej na 850 stron analiz o wpływie wyjścia na gospodarkę (Davis mówił, że chodzi o ok. 50-60 różnych dokumentów, później uściślił ich liczbę do 58). Poprosili zatem Davisa o szczegółowe wyjaśnienia w sprawie dokumentów z obawy, że mógłby coś zataić. Odpowiedzią była semantyczna ekwilibrystyka ministra twierdzącego, że „samo użycie słowa wpływ nie czyni z niego oceny wpływu”. Serio?!

Krętactwa na temat nieistniejących analiz spowodowały, że nad Davisem zawisła groźba postępowania dyscyplinarnego za naruszenie powagi Izby Gmin. A mimo to włos z głowy mu nie spadł. Przed wszczęciem postępowania wybroniła go sama komisja sięgając po argumentację godną samego Davisa. W końcowym oświadczeniu the Brexit Select Committee stwierdziła, że Davis nie mógł kłamać w sprawie analiz gospodarczych i nie mógł zataić ich istnienia, ponieważ wspomniane analizy nie istnieją. Benny Hill miałby temat na skecz!

Czego zatem jest to zapowiedź w obliczu kolejnych etapów negocjacji? Jeżeli mają one opierać się na nieistniejących analizach, to czy instrukcje negocjacyjne również będą pisane atramentem sympatycznym? Przecież mapa ryzyka negocjacyjnego powinna być tworzona nawet przed negocjacjami dotyczącymi niewielkich transakcji biznesowych. Co zatem mamy powiedzieć o poziomie odpowiedzialności za słowo, jeśli na szali kładzie się dobrostan jednego z najważniejszych państw świata? Nieposiadanie tego typu analiz nie mieści się w głowie komukolwiek, kto choć raz siedział przy poważnym, negocjacyjnym stole. Czy analizy jednak istniały, ale ich wynik był tak niełaskawy dla Wielkiej Brytanii, że lepiej było je ukryć? Obie odpowiedzi przyprawiają o ból głowy. Został prawie rok do wyjścia z UE, a festiwal niekompetencji trwa w najlepsze. Quo vadis, Brytanio? Co z Twoją Wielkością?

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here