Ameryka była zawsze źródłem inspiracji dla dziennikarzy, pisarzy, artystów. Bo to tygiel myśli, wydarzeń, problemów. Natomiast to, co dzieje się w ciągu ostatnich miesięcy za sprawą nowego przywództwa jest nie do opanowania. Praktycznie każdy dzień przynosi zza oceanu wiadomość, która w kontekście światowego porządku stanowi zaburzenie. A jeśli zaburzenie, to konieczność zmiany, a skoro zmiany- konieczne będą negocjacje… Tzw. czynnik zewnętrzny, najczęstszy katalizator biznesowych negocjacji jest teraz katalizatorem światowego fermentu, a co za tym idzie – każdych innych negocjacji również. Politycznych, społecznych. Efekt domina w pełnej krasie. 

Dziel i rządź. Prezydent wciąż Trump nie przestaje zaskakiwać. Jak grom z jasnego nieba wpadła do mediów i obiegła cały świat wiadomość o amerykańskich cłach na stal i aluminium. Bez zaproszenia do dyskusji prezydent USA ogłosił 1 marca wprowadzenie ceł już od tego tygodnia. W ramach specyficznej dla siebie polityki uprawianej poprzez Twitter, prezydent napisał dzień później: „Gdy kraj traci wiele milionów dolarów na handlu z niemal każdym krajem, z którym prowadzi interesy, wojny handlowe są dobre i łatwe do wygrania!”. 

Włosy się jeżą, bo to już nie o brak słynnej poprawności politycznej chodzi. Ale o to, że nie ma żadnej świętości. Można negować efekt cieplarniany, uchwały ONZ, traktaty międzynarodowe, właściwie to „sky is the limit” – a może nawet nie to? 

Skala ceł robi wrażenie: 25% na import stali i 10% na aluminium. 

Przywódca amerykański raczej nie jest skłonny do słuchania ekspertów ani głosów innych państw. I tym razem wydaje się nieugięty. Można się było spodziewać, że działania retorsyjne rozpoczną się w tempie Twittera. 

„Nie będziemy siedzieć bezczynnie, podczas gdy naszemu przemysłowi zostanie zadany cios, który zagraża tysiącom europejskich miejsc pracy” – zareagował szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker dodając, że Unia nałoży „cła na motocykle Harley-Davidson, na burbon i na dżinsy Levi’s”. Francuski minister gospodarki i finansów Bruno Le Maire zapowiedział „silną, skoordynowaną i zjednoczoną odpowiedź” Unii Europejskiej. Niemcy, które szczególnie mogą ucierpieć z powodu ceł, zaprotestowały głosem szefa dyplomacji, Sigmara Gabriela: „UE musi zareagować w sposób zdecydowany na cła zaporowe, które zagrażają tysiącom miejsc pracy w Europie”.

Reakcja prezydenta USA? „Jeśli Europejczycy zdecydują się podnieść i tak już znaczne opłaty taryfowe na amerykańskie produkty, to my po prostu wprowadzimy opłatę na ich samochody sprowadzane do naszego kraju” – zatwittował wczoraj Trump. Oskarżył przy tym UE, że blokuje sprzedaż amerykańskich aut w Europie: „To wielka nierówność w handlu między nami”.

Decyzję odczują także Chiny, które są czołowym eksporterem stali i aluminium na świecie.

Protekcjonistyczne działania swego prezydenta poparli – co nie dziwi – amerykańscy producenci stali i aluminium, a także federacja związkowa AFL/CIO.

Z negocjacyjnego punktu widzenia chodzi tu o coś innego. Trump nie robi tego po to, żeby zarabiać na cłach, żeby ograniczać właśnie tę część gospodarki, żeby regulować stal. Prezydent raczej niż do rozpętania wojny stalowej szykuje się do pokazania światu, że potrafi to zrobić wobec jakiejś większej sprawy. Ma się pokazać jako szeryf nie tylko jednego kraju, nawet tak silnego jak USA, ale jako szeryf wszystkich szeryfów, król świata, który jest w stanie zburzyć każdy porządek. To może być przygotowanie do rozmów z Kimem, który boi się tylko większych od siebie wariatów, a takich ze świecą szukać. Kim jak chce, może zagłodzić dziesiątki tysięcy swoich obywateli, albo nagle wyciągnąć dłoń do świata. Trump nie może być gorszy w swoich nieobliczalnościach. Cła są świetnym komunikatem do wewnątrz i na zewnątrz. Wszystkim krytykom można zamknąć usta realizacją swojego programu wyborczego, a co do społeczności międzynarodowej? Jeśli randka z Kimem zakończy się otwarciem tej puszki zła i rozpoczęciem procesu naprawy – wiele zostanie mu wybaczone. 

Niewątpliwie fascynujące będą konsekwencje tej decyzji dla rynku stali w USA. Nie wszyscy, nawet konserwatywni analitycy są pewni, iż przywróci to zamkniętym walcowniom dostęp do profitowych zamówień. Wyjęcie jednego elementu ze światowej gospodarki nie jest bowiem panaceum na problem z brakiem dobrej marży. Żeby się komuś coś opłacało, musi bowiem ułożyć siebie w łańcuchu globalnych dostaw, globalnych interesów. Co na to Europa, Chiny, Indie? Czy cła odwetowe nie zaczną za chwilę zamykać zamorskie rynki dla innych producentów, którzy nie obronią swojej profitowości, wobec zmniejszenia zamówień ? 

Stal staje się zatem papierkiem lakmusowym międzynarodowych ewolucji Trumpa. Zważywszy na konfrontacyjny styl działania prezydenta w jakichkolwiek negocjacjach, trudno przewidzieć kolejne kroki. Jednak amerykański przywódca otwiera kolejne fronty walk. Ma jeszcze 2,5 roku swojej kadencji na to, by choć niektóre z nich pozamykać. Czyje dobro w tym procesie będzie jednak celem prezydenta? Prezydent pokazuje, iż światowy porządek jest na dalekim miejscu na liście jego priorytetów. Natomiast, żadna ze stron biorących udział w konflikcie celnym teraz – Unia Europejska, Chiny, a także Meksyk, Brazylia i Kanada – raczej nie ma wpływu na sposób uprawiania polityki przez Trumpa ani na jego retorykę. Na Trumpa wpływ ma jedynie Trump. A to, wcześniej czy później, będzie stanowić globalny problem. 

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here