Nadzwyczaj dobrze ma się prezydent kraju o czterocyfrowej inflacji, obciążonego embargiem nałożonym przez USA i Unię  Europejską, z długiem zagranicznym w wysokości 150 miliardów dolarów, kraju praktycznie niewypłacalnego, z którego uciekły już ponad dwa miliony ludzi, upośledzonego zarówno gospodarczo, jak i społecznie. Może się okazać, że w kwietniowych wyborach nawet nie będzie miał z kim przegrać.

Gdy Nicolás Maduro zasiadał w fotelu prezydenckim w marcu 2013 roku niewielu komentatorów wróżyło mu utrzymanie władzy. Namaszczony na swego następcę przez Hugo Chaveza, Maduro kontynuował autokratyczną i lewicową politykę swego poprzednika, co już w drugim roku rządów doprowadziło do masowych protestów społecznych. Zżerane przez hiperinflację pensje Wenezuelczyków topniały jak śnieg w kwietniu, podstawowe produkty znikały ze sklepów, system kartkowy nie zmienił fatalnego zaopatrzenia. Hasła walki z korupcją wspomagane teoriami o „sabotażu ekonomicznym” Stanów Zjednoczonych, pozostały w sferze deklaracji. Po niemal pięciu latach rządów dyktatura stała się faktem. Teraz ludzie protestując na ulicach giną od kul reżimu.

Jak można ukręcić łeb kurze znoszącej jaja z czarnego złota? Przecież Wenezuela mogłaby być krainą mlekiem i miodem płynącą dzięki swoim zasobom ropy. I tu pojawia się najważniejsza negocjacyjna zasada – nic za darmo. Ci, którzy upatrują w niej źródła liberalnej gospodarki niech się dobrze zastanowią. To jest zasada leżąca u podstaw wszystkiego – prawo przyczyny i skutku. Nic w historii, fizyce, chemii, biologii nie dzieje się wbrew temu prawu. Nie ma perpetuum mobile. Po prostu. Dlatego kiedy najpierw Chavez, potem Maduro rozdawali za darmo zasoby swojego kraju, nie żądając niczego w zamian, musiało to skończyć się w jeden sposób: bankructwem systemu.

Patrząc wstecz: o ile Hugo Chavez miał za co finansować swoją „rewolucję boliwariańską” (zwaną socjalizmem XXI wieku) dzięki wpływom ze sprzedaży ropy naftowej, bo jeszcze wtedy starczało, o tyle jego następca na próżno szuka pieniędzy w budżecie. Akcje narodowego koncernu Petróleos de Venezuela, notowanego na giełdzie w Londynie, załamały się w listopadzie ubiegłego roku po długiej serii spadków. Paradoksalnie, choć państwo dysponuje ogromnymi złożami ropy naftowej, sprzedaż leci na łeb, co przekłada się na fatalny stan państwowej kasy, ponieważ ropa stanowi 95% wpływów z eksportu.

A Maduro wciąż u władzy.

Dyktator nie ma wyjścia, musi trwać. Zmiana kierunku musiałaby wiązać się z bardzo kosztownymi przygotowaniami, a na to po prostu nie ma w kasie. Dla dyktatorów jak on utrzymanie status quo to jedyna opcja negocjacyjna. Dopóki ktoś nie przyłoży mu „pistoletu do skroni” – czy to będą wierzyciele Wenezueli czy naród, nic się nie zmieni. Najdrobniejszy ukłon w stronę opozycji w postaci uchylenia drzwi do współrządzenia to gwarantowany koniec. Poprzez intrygi polityczne, zastraszanie, a także z pomocą kontrolowanego przez siebie Zgromadzenia Konstytucyjnego, które przejęło funkcje parlamentu, nie tylko sprawuje niemal absolutną władzę, ale też trzyma na sztywnej smyczy skłóconą wewnętrznie opozycję. Zasada „dziel i rządź” w jego wykonaniu sprawdza się znakomicie. Dla niego samego, niestety. Maduro zdaje sobie sprawę, że sytuacja jest beznadziejna, jednakże wprowadzenie jakiejkolwiek zmiennej, na przykład kooperatywnej atmosfery w negocjacjach na temat wyjścia kraju z zapaści gospodarczej, doprowadzi do utraty sterów, bo według niego zostanie zinterpretowana jako słabość. A przecież racją bytu dyktatorów jest władza – bez względu na wszystko. Jest tylko jeszcze jedne poważna luka w tej Madurowej logice – ktoś wreszcie go za to wszystko rozliczy, darmo już nie będzie.

W kwietniu, w kolejnych wyborach Maduro może zostać wybrany na kolejną kadencję. Gdy celem jest władza, strategia „oblężonej twierdzy” dobrze się sprawdza. Aczkolwiek, jak pokazuje historia, do czasu. W końcu każda rewolucja zjada swoje dzieci.

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here